Marketingowe zwyczaje przenoszone wprost z kultur zachodnich
na naszą przestrzeń rynkową są, krótko mówiąc, śmieszne. Zwłaszcza w modelu C2B. Kończy się to takimi
absurdami, jak:
„Zapraszam Pana Stefana po odbiór zestawu” – zwraca się
dwudziestoletnia pracownica fastfood’u do dojrzałego mężczyzny, który – tak od
święta – wstąpił po kurczaka z frytkami. Przy czym pracownica ta wykonała sporą
gimnastykę podglądając na karcie płatniczej imię klienta bądź zapytała go
wprost, podczas gdy składał zamówienie.
Spójrzmy na podmioty uczestniczące: z jednej strony jest to
zwykła sieć fastfood, szumnie nazywająca się restauracją, której twarzą w danym
zdarzeniu konsumenckim jest jakaś młoda, zatrudniona tymczasowo
ekspedientko-sprzątaczko-przyrządzaczka żarcia, a z drugiej zwykły klient,
którego celem jest kupić ten podły zestaw, spożyć i opuścić lokal. I nie jest
ważne, czy gościu jest żulem, czy może dyrektorem finansowym Siemensa na Europę.
Jednak taka forma spoufalania się z klientem, w mojej opinii
nie przystoi. W naszym środowisku kulturowym musiałyby wystąpić co najmniej dwa
warunki (jednocześnie), aby takie zachowanie uprawomocnić. Pierwszy, to bycie
spokrewnionym albo posiadanie co najmniej długoletniej znajomości, a drugi, to
oczywiście wspólne wypicie wódki.
Gdy zwraca się do mnie młoda dupa, per „Panie Iksiński”, to
z automatu myślę sobie, co ja, kurwa, z Tobą wódkę piłem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszam do komentowania wszystkich! Zarówno hejterów i spamerów. Stosujcie jednak pisownię w sposób pozwalający na zrozumienie treści.