czwartek, 28 lipca 2016

Wolę być „numerem dwanaście”.



Marketingowe zwyczaje przenoszone wprost z kultur zachodnich na naszą przestrzeń rynkową są, krótko mówiąc, śmieszne.  Zwłaszcza w modelu C2B. Kończy się to takimi absurdami, jak:
„Zapraszam Pana Stefana po odbiór zestawu” – zwraca się dwudziestoletnia pracownica fastfood’u do dojrzałego mężczyzny, który – tak od święta – wstąpił po kurczaka z frytkami. Przy czym pracownica ta wykonała sporą gimnastykę podglądając na karcie płatniczej imię klienta bądź zapytała go wprost, podczas gdy składał zamówienie.

Spójrzmy na podmioty uczestniczące: z jednej strony jest to zwykła sieć fastfood, szumnie nazywająca się restauracją, której twarzą w danym zdarzeniu konsumenckim jest jakaś młoda, zatrudniona tymczasowo ekspedientko-sprzątaczko-przyrządzaczka żarcia, a z drugiej zwykły klient, którego celem jest kupić ten podły zestaw, spożyć i opuścić lokal. I nie jest ważne, czy gościu jest żulem, czy może dyrektorem finansowym Siemensa na Europę.
Jednak taka forma spoufalania się z klientem, w mojej opinii nie przystoi. W naszym środowisku kulturowym musiałyby wystąpić co najmniej dwa warunki (jednocześnie), aby takie zachowanie uprawomocnić. Pierwszy, to bycie spokrewnionym albo posiadanie co najmniej długoletniej znajomości, a drugi, to oczywiście wspólne wypicie wódki.
Gdy zwraca się do mnie młoda dupa, per „Panie Iksiński”, to z automatu myślę sobie, co ja, kurwa, z Tobą wódkę piłem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania wszystkich! Zarówno hejterów i spamerów. Stosujcie jednak pisownię w sposób pozwalający na zrozumienie treści.