czwartek, 28 lipca 2016

Wolę być „numerem dwanaście”.



Marketingowe zwyczaje przenoszone wprost z kultur zachodnich na naszą przestrzeń rynkową są, krótko mówiąc, śmieszne.  Zwłaszcza w modelu C2B. Kończy się to takimi absurdami, jak:
„Zapraszam Pana Stefana po odbiór zestawu” – zwraca się dwudziestoletnia pracownica fastfood’u do dojrzałego mężczyzny, który – tak od święta – wstąpił po kurczaka z frytkami. Przy czym pracownica ta wykonała sporą gimnastykę podglądając na karcie płatniczej imię klienta bądź zapytała go wprost, podczas gdy składał zamówienie.

Spójrzmy na podmioty uczestniczące: z jednej strony jest to zwykła sieć fastfood, szumnie nazywająca się restauracją, której twarzą w danym zdarzeniu konsumenckim jest jakaś młoda, zatrudniona tymczasowo ekspedientko-sprzątaczko-przyrządzaczka żarcia, a z drugiej zwykły klient, którego celem jest kupić ten podły zestaw, spożyć i opuścić lokal. I nie jest ważne, czy gościu jest żulem, czy może dyrektorem finansowym Siemensa na Europę.
Jednak taka forma spoufalania się z klientem, w mojej opinii nie przystoi. W naszym środowisku kulturowym musiałyby wystąpić co najmniej dwa warunki (jednocześnie), aby takie zachowanie uprawomocnić. Pierwszy, to bycie spokrewnionym albo posiadanie co najmniej długoletniej znajomości, a drugi, to oczywiście wspólne wypicie wódki.
Gdy zwraca się do mnie młoda dupa, per „Panie Iksiński”, to z automatu myślę sobie, co ja, kurwa, z Tobą wódkę piłem?

środa, 1 czerwca 2016

Fejsbuczenie

Ilekroć uczestniczę w dowolnej zbiorowej imprezie o charakterze kulturalnym, tylekroć obserwuję zniewolonych elektroniką i przymusem „bycia online” odbiorców. O ile w środkach transportu publicznego typowym widokiem są wpatrzone w ekrany smartfonów twarze, o tyle do teatru, czy na koncert przychodzi się w konkretnym celu, innym jednak niż korzystanie z telefonu. Zastanawia mnie  niemożność skupienia uwagi na tym co się dzieje na scenie przez cały czas trwania występu. Co gorsza, ta forma ADHD nie pozwala niektórym na delektowanie się przekazem przez marne kilka minut, ponieważ bycie online dostarcza tylu arcyważnych treści. Z kolei brak komunikowania światu relacji z wydarzenia oznacza najpewniej, że się go należycie nie przeżywa. Jeśli inni nie wiedzą, jak się bawię, to z pewnością bawię się źle. Taka sytuacja.
Skalę użytkowników fejsa można doskonale oszacować w ciemnym pomieszczeniu, gdy siedzi się na jakimś balkonie, albo piętrze. To taka zbiorowa samotność, bo każdy jest połączony z kilkusetosobową grupą znajomych z portalu, jednak siedzi obok innego podobnego sobie użytkownika i są wobec siebie zupełnie obcy. Bez umiejętności nawiązania jakiegokolwiek kontaktu, twarzą w twarz rzecz jasna. No, chyba, że dokonają odkrycia: „hej, mam Cię na liście znajomych”.
Ja w tym wszystkim dostrzegam jednak pozytywy. Skutkiem fenomenu niemowląt posiadających własne profile na FB będzie pokolenie uzależnionych od sieci, samotnych ludzi. Dzięki uzależnieniu, nie będą oni zainteresowani np. prowadzeniem samochodu, ponieważ czynność ta wymaga skupienia uwagi i zajmuje ręce, a więc znacząco utrudnia tworzenie postów, odpowiadanie na nie oraz pozostałe smartfonowe czynności typu „pobieranie apki”.  Mniej samochodów, to mniejsze korki i zdrowsze powietrze. Sam Zuckerberg tego nie przewidział.
Co ciekawe, żaden fejsbukowicz z twitterowiczem nie byliby w stanie przeczytać takiego wpisu do końca, bo przekracza 140 znaków i wymaga skupienia uwagi na dłużej.

środa, 4 maja 2016

Czy jesteśmy aż takimi debilami, czy zadowala nas byle gówno?



O koncertach w ramach wrocławskiej majówki słów kilka. 

Nie o artystycznej wartości ani kunszcie wykonawczym będzie to wpis, lecz o zdolnościach realizatorskich „inżynierów” dźwięku. Wspomniani panowie na cudzysłów w tytule zawodowym zasługują. Spieszę wyjaśnić dlaczego. Podkreślam jednocześnie, że nie jestem typem malkontenta narzekającego na rzeczywistość wokół, tylko zwracam uwagę na pewne fakty.
Tytułowe pytanie może i jest obrazoburcze, ale współczesna moda na brzmienie nakazuje mi czuć się debilem. Bo tylko debil zadowala się faktem, że jest pierdolnięcie z głośnika. O dynamice debil nie myśli, bo i słowo za trudne, a jak to się ma do dźwięku, to już wykracza poza jego zdolności percepcyjne. Ma być „porządny basik” i „fajne syczki”. Normalnie jak w jakimś vw golfie albo innym pastuchu w tedeiku. O tonach średnich, to nikt nie słyszał (ani ich nie usłyszał). O zróżnicowaniu dynamicznym tym bardziej, ma być po prostu głośno. W chuj głośno. A że wskaźniki wysterowania świecą się na czerwono, to kto by się tam przejmował. Na wykresie jeden wielki prostokąt. A equalizer ustawiony w tryb remizowy, czyli tzw. uśmiech Romana. Taki preset z pewnością zadowoli niejednego DJ’a, bo do potańcówy tego właśnie trzeba. Pierdolnięcia z głośnika, basu i cyków. Ale w paśmie akustycznym jest jeszcze dużo przestrzeni, i to takiej, w której gra WIĘKSZOŚĆ instrumentów. Pianina, gitary, saksofony, wokale – tak drodzy państwo, są to pasma wybrzmiewające przede wszystkim w zakresie tonów średnich i tam się „dzieje” cała muzyka. Ale jak to usłyszeć, jeżeli realizator serwuje nam subbas wywołujący wyłącznie fizyczne wibracje, będące poza zakresem słyszalności, wsparty sopranami tak bolesnymi, że siejące blachy perkusyjne wywołują poczucie jazgotu i napływającej krwi do uszu. Żal tylko artystów, bo ze sceny nie słyszą siebie tak, jak słyszy ich publiczność i co bardziej świadomi wykonawcy, z pewnością nie zgodziliby się na tak ordynarny „sound”. Ogłuszonym ścianą skompresowanego dźwięku realizatorom polecam wycieczkę zorganizowaną do pierwszej z brzegu filharmonii. Bo rozstawienie instrumentów na scenie oraz ich rolę w szeroko pojętej muzyce, trzeba  po prostu zrozumieć. Polecam także krople do oczu wyostrzające widzenie czerwonego koloru na wskaźnikach VU konsol, na których pracują. Przypominam, że ich zapalanie się oznacza osiąganie przez sygnał wartości szczytowych, skutkujące tzw. clipem, czyli przesterem, czyli nieprzyjemnymi w odbiorze zniekształceniami dźwięku. Ale to też trzeba usłyszeć. W ramach HIGIENY słuchu.